Kuba, czyli powrót do przeszłości...


 

Trasa

Boca de camarioca

 

Podróż rozpoczęliśmy w Boca de camarioca, niewielkim miasteczku położonym kilka kilometrów od Varadero. To umożliwiło nam poznanie na samym początku pobytu Kuby nie całkiem jeszcze podporządkowanej potrzebom masowej turystyki. W trakcie dwudniowego pobytu można tu zregenerować siły po podróży i zaaklimatyzować się przed dalszą drogą. W miasteczku jest przepiękna mała plaża, która podczas naszego pobytu była w zasadzie pusta, jeśli nie liczyć zamieszkujących ją krabów (z jednym z nich - zapamiętanym jako Jorge - weszliśmy nawet w bliższą komitywę). Przy głównej drodze udało się nam również zjeść najlepszą pizzę na całej wyspie, która w dodatku kosztowała nas jedynie 25 CUP!

Matanzas

 

Drugiego dnia pobytu na wyspie zdecydowaliśmy odwiedzić okoliczne miasteczko Matanzas. Ono również nie jest częstą destynacją zorganizowanych wycieczek. Zachowało autentyczność i pozwala poznać codzienne życie Kubańczyków poza utartymi turystycznymi szlakami. Dojazd lokalną taksówką (przerobioną zgrabnie z ciężarówki) zajął około godziny. Krótki spacer wystarczył, by przemierzyć większość uliczek, wypić znakomite daiquiri oraz wymienić w banku trochę CUC na CUP. To właśnie w Matanzas sympatyczna kasjerka z własnej inicjatywy wśród drobnych CUP wydała mi banknot z wizerunkiem Ernesto Che Guevary, za który w innych miastach trzeba zwykle zapłacić wielokrotność jego wartości.

La Habana

 

O Hawanie napisano już chyba wszystko na niezliczonych portalach i blogach. My spędziliśmy w niej 3 dni. Przy dwutygodniowym pobycie na wyspie wydaje się to optymalny czas na zobaczenie miasta. Za pośrednictwem Airbnb.pl zarezerwowaliśmy casę określoną mianem penthouse'u. Okazał się on skromną, dość prymitywną dobudówką na dachu wielopiętrowego budynku, ale za to z obłędnym widokiem na oddalony o kilkaset metrów El Capitolio i przemiłymi gospodarzami. Po centrum Hawany oraz Habana Vieja najwygodniej jest przemieszczać się pieszo lub korzystając z bici-taxi. W starej części Hawany można zagubić się na długie godziny. Uderza tu nienaganny porządek kontrastujący z "postapokaliptycznym" krajobrazem Centro Habana, nazywanej z uwagi na dramatyczny stan budynków "Bajrutem" lub "Bagdadem". Z dość przygnębiającej relacji naszego gospodarza dowiedzieliśmy się, że odrestaurowane centrum miasta przeznaczone jest w zasadzie wyłącznie dla turystów. Mieszkańcy Hawany mają do niego wstęp jedynie wówczas, gdy zatrudnieni są w mieszczących się tam lokalach lub instytucjach. Dostępu do tej złotej klatki dla turystów na większości uliczek wjazdowych strzegli policjanci. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to obowiązkowy punkt programu zwiedzania miasta, choć - by poznać jego prawdziwe oblicze - na pewno nie należy się do niego ograniczać.

 

Typowe dla państw komunistycznych (choć nie wyłącznie) tworzenie mlekiem i miodem płynących enklaw dla turystów jest zapewne głównym powodem, dla którego doświadczenia turystów z wycieczek zorganizowanych oraz tych niezależnych tak znacząco się od siebie różnią. Podczas slajdowiska, które współprowadziłem z koleżanką zwiedzającą Kubę z biurem podróży, miałem możliwość poznać tę alternatywną wersję Kuby, której ustrój i dobrobyt gloryfikowali lokalni przewodnicy. Wbrew trudnej do ukrycia, niemal wszechobecnej nędzy niestrudzenie wmawiają zwiedzającym, że "socjalizm się udał". Niezbitych dowodów tego faktu ma dostarczyć również hawańskie Muzeum Rewolucji. Wśród wielu osobliwych eksponatów znaleźć można m.in. mapę świata ukazującą wielkie zasługi Kuby i Kubańczyków dla rozwoju niemal wszystkich krajów świata...

 

Warto niewątpliwie udać się na przejażdżkę jednym z bajecznie kolorowych chevroletów, fordów, buicków czy chryslerów. Godzina takiej przyjemności kosztuje około 25-35 CUC, ale nawet ceniąc oszczędne podróżowanie, nie warto jej sobie odmawiać. Jest to też dogodna forma przemieszczenia się z centrum miasta na Plaza de la Revolucion. My, w swej naiwności, zdecydowaliśmy się pokonać tę dziesięciokilometrową niemal trasę pieszo i już w mniej więcej w połowie drogi kubański upał kazał nam pożałować tej decyzji. 

 

Warto pamiętać, że zasłuchani w kubańskie rytmy i uwiedzeni wyjątkowym klimatem Kuby turyści, są wdzięcznym obiektem nagabywań różnorodnych naciągaczy. Zasadniczo Kuba jest krajem bardzo bezpiecznym. Obowiązujące od kilku lat drakońskie kary za kradzieże skutecznie ukróciły częstsze niegdyś praktyki okradania turystów. Średnia pensja Kubańczyka to około 30 USD, więc niektórym w dalszym ciągu zdarzają się próby łatania wątłego budżetu kosztem zwiedzających przy pomocy drobnych oszustw. Zwracano nam uwagę, by uważnie przeliczać pieniądze wydawane przez sprzedawców. W tym zakresie ani razu nie mieliśmy nieprzyjemnych incydentów. Zdarzyły się natomiast próby wyłudzenia pieniędzy poprzez inicjowanie towarzyskiej konwersacji, której celem jest wyłudzenie od zagadniętego turysty kilku drogich drinków w zaprzyjaźnionym barze i "wciśnięcie" mu np. cygar wątpliwego pochodzenia. Podobni naciągacze funkcjonują czasem w zorganizowanych grupach, co powoduje, że informacje udzielone na nasz temat przemiłej niewieście w średnim wieku podczas miłej wymiany zdań, mogą później posłużyć śledzącemu nas oszustowi do zdobywania naszego zaufania. Warto więc zachować ostrożność. Z drugiej jednak strony, oczywiście, nadmierne targowanie się o każdą przysłowiową złotówkę, nie powinno wygrać ze zdrowym rozsądkiem. Czasem kilka CUC'ów, które nam nie zrujnują budżetu, mogą ułatwić komuś trudne zmagania z codziennością.

 

Niezależnie gdzie jesteśmy, warto kierować się zasadą, żeby interes był dobry dla obu stron.

Viñales

 

Do doliny Viñales najłatwiej dotrzeć, korzystając z autokarów firmy Viazul. Podróż ze stolicy trwa około 3,5 godziny. W czasie przejazdu autokarów Viazul rutynowo na każdej z wyznaczonych tras przewidziany jest co najmniej jeden ok. 30-40 minutowy postój w zajeździe turystycznym. Ten na trasie Havana-Viñales położony był nad malowniczym jeziorkiem, gdzie za dostosowane do zasobów turystycznych portfeli ceny, można było kupić pamiątki i coś przegryźć.

 

Samo Viñales to dość urokliwe, niewielkie miasteczko położone pośród plantacji tytoniu. Na pierwszy rzut oka idealne miejsce dla łaknących spokoju i ucieczki od cywilizacji. Niestety sielankową atmosferę psuje ogrom przyjezdnych. A że popyt kształtuje podaż, cała miejscowość w ramach skromnych możliwości przystosowana została do potrzeb masowej turystki. Po raz pierwszy od momentu lądowania na Kubie poczuliśmy, że jesteśmy w typowo wypoczynkowej miejscowości. Brakowało  cafeterii (wyłącznie restauracje) i nie było szans na płacenie w CUP'ach. 

 

Centrum miasteczka wyznacza główna ulica, przy której mieszczą się restauracje, jeden świecący gołymi półkami sklep (ale upolowane w nim dwie paczki ciastek wprowadziły nas w nastrój euforyczny) i lokalne biura podróży organizujące wycieczki po dolinie. My zdecydowaliśmy się na alternatywny sposób zwiedzenia okolicy. Codziennie kursuje zielony autobus dla turystów typu Hop on - Hop off. Ma sztywno ustalone przystanki przy głównych atrakcjach i zatrzymuje się na nich średnio co godzinę. Koszt całodziennego biletu to 5 CUC/os. Co do zasady startuje z głównego placu miasta ok. 9:00, choć nasz akurat był spóźniony o ponad godzinę. W tym czasie usłyszeliśmy dziesiątki razy, od miejscowych taksówkarzy, że się zepsuł i na pewno dziś nie przyjedzie, a do znudzenia powtarzane Bicycle, bicycle... miało nas zachęcić do wyboru alternatywnego środka transportu. Uprzejme acz stanowcze odmawianie to jedna z bardziej przydatnych na Kubie umiejętności:)

 

Na trasie warto zobaczyć plantacje tytoniu, panoramę doliny oraz jaskinie Indian. Opisywany jako największa atrakcja rejonu  mural naskalny wzbudził w nas, prawdę mówiąc, dość mieszane uczucia. To osobliwe dzieło, obrazujące wedle deklaracji autora ewolucję od ameby do homo socialismus, jest niewątpliwie wykonane z rozmachem. Zarazem uporczywie przywodziło nam na myśl wątpliwej jakości twórczość domorosłych nastoletnich graficiarzy. Oceńcie sami!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dodam tylko, że gdy uprzejmy kierowca busa zatrzymał się pod muralem i obwieścił 5-minutowy postój, byliśmy wraz ze współpasażerami mocno zaskoczeni. Jak się okazało po przerwie  towarzysze podróży stawili się w komplecie i nikt nie wyrażał potrzeby dłuższego obcowania z dziełem.

 

Na centralnym miejskim placu każdego wieczoru królowała muzyka, a egzotyczne rytmy słychać było do późnych godzin nocnych również na obrzeżach miasta (w końcu dzieliło je od centrum jakieś 5 minut spaceru). Brakowało jednak, opisywanych w niemal każdym  przewodniku, spontanicznych potańcówek z nauką salsy dla turystów. Zamiast tego każdego wieczoru plac rozbłyskał światłem ekranów telefonów, bowiem na Kubie zwykle jedynie przy głównych skwerach miejskich jest szansa na skorzystanie z internetu. Cóż, signum temporis...

Cienfuegos

 

Poranny przejazd autokarem do Cienfuegos zajął 8 godzin. Sporo, ale i tak mieliśmy wiele szczęścia. Liczni turyści spotkani w Viñales próbowali bezskutecznie kupić bilety na dzień przed planowanym wyjazdem. Mimo podstawienia dwóch autobusów nie wystarczyło miejsc dla wszystkich. Najlepiej więc kupować bilety z wyprzedzeniem: jeszcze przed wylotem na Kubę albo zaraz po przyjeździe na dworzec.

 

Historyczne centrum miasta, nazywanego Perłą południa, w 2005 roku zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Mimo to wydało się znacznie mniej oblegane przez turystów. W zasadzie w Cienfuegos utwierdziliśmy się w przekonaniu, że w podróżowaniu po Kubie nie chodzi o klasyczne zwiedzanie, ale raczej o chłonięcie jej wyjątkowej, pogodnej atmosfery i zgłębianie zawiłych losów. Samo miasto nie zachwyciło nas może architekturą, ale spędziliśmy przyjemnie czas na spacerach i podglądaniu życia lokalsów. Dzieła dopełnił wyśmienity, świeży sok owocowy (5 CUP), smaczne cafeterie i (o dziwo!) cukiernia, w której zawsze były olbrzymie kolejki.

 

Czy zwiedzając Kubę, nie można pominąć Cienfuegos? Nasza odpowiedź będzie dyplomatyczna. Jeżeli możemy swobodnie przeznaczyć dzień naszej podróży na wizytę, warto się tu zatrzymać. Jeżeli jednak miałoby się to odbyć kosztem Hawany, Viñales czy Trinidadu, radzimy poważnie przemyśleć ten krok.

Trinidad

 

Kolejna turystyczna perełka Kuby. Tu akurat nie można nie przyjechać. Urok i atmosfera tego miejsca jest nieporównywalna do któregokolwiek z odwiedzonych przez nas miast na Kubie. Trafiliśmy tu też na najprzyjemniejszą casę w ramach naszego pobytu: wielkie patio z egzotyczną roślinnością, kolorowe hamaki, bujane fotele, ech... (więcej w zakładce Noclegi). Choć niewątpliwie miasto żyje z turystyki, jest to znacznie bardziej subtelne i nienatarczywe.

 

Warto wybrać się na kolację na dachu jednej z lokalnych restauracji. Zachód słońca przy rewelacyjnej muzyce na żywo i boskim diquiri urzeka do potęgi.

Santa Clara

 

Główną, i jak się okazało jedyną, atrakcją Santa Clary jest Mauzoleum Che Guevary. Mimo że przewodniki zgodnie milczały o tym miejscu, uparłem się, by tu przyjechać. Był to jedyny dzień podczas całego pobytu, kiedy niebo było zachmurzone i delikatnie padał deszcz. Dotarliśmy porannym autobusem z Trinidadu. Bilet na dalszą podróż do Varadero mieliśmy na popołudniowy autokar, co dało nam sześć godzin na zwiedzanie. O pięć za dużo... Z dworca spacerem dotarliśmy w około 20 minut do mauzoleum. Zwiedzenie obiektu i sprawy organizacyjne (by wejść do środka należy pozostawić wszystkie plecaki, torby, torebki i saszetki w przechowalni) zajęło nam ok. 40 min. Planując wyprawę na Kubę po raz drugi, zapewne nie zdecydowalibyśmy się na wizytę w Santa Clara.

Varadero

 

Ostanie dni zaplanowaliśmy w Varadero, żeby odpocząć nieco przed odlotem i trochę poplażować. Pogoda jednak niespecjalnie sprzyjała kąpielom - ani wodnym ani słonecznym. I tu pojawił się problem, bo Varadero, jakkolwiek jest miejscem przyjemnym, nie oferuje wielu zróżnicowanych możliwości spędzania wolnego czasu. Być może jest to rzecz gustu, i my - zagorzali piechurzy żądni nowych wrażeń - po prostu z natury rzeczy nie odnajdujemy się w warunkach "kurortowych". Z drugiej strony, po zobaczeniu bądź co bądź nie tak małego kawałka wybrzeży tego świata, bez trudu wymienimy ciągiem co najmniej kilkanaście lepszych destynacji o spektakularnych plażach. Rzecz w tym, że infrastruktura większości restauracji, barów i hoteli w największym kubańskim kurorcie jest, delikatnie mówiąc, muśnięta rydwanem czasu, zaś poza wspomnianymi obiektami niewiele jest tu do zobaczenia. Toteż, jeśli marzy nam się gnicie na plaży w pięknych okolicznościach przyrody z odrobiną luksusu, może lepiej wybrać jedną z innych (pobliskich) wysp... 

Ramowy plan pobytu - 14 dni

 

  1. Boca de camarioca       - 2 dni

    • Viazul do Hawany z Matanzas        - 2h 20 min. - 7 USD/os.

  2. Hawana                         - 3 dni

    • Viazul do Viñales z Hawany            - 3h 40 min. - 12 USD/os.

  3. Viñales                           - 3 dni

    • Viazul do Cienfuegos z Viñales       - 7h 50 min. - 32 USD/os.

  4. Cienfuegos                    - 1 dzień

    • Viazul do Trinidadu z Cienfuegos   - 1h 45 min. - 6 USD/os.

  5. Trinidad                          - 2,5 dnia

    • Viazul do Santa Clara z Trinidadu   - 1h 45 min. - 8 USD/os.

  6. Santa Clara                    - 0,5 dnia

    • Viazul do Santa Clara z Trinidadu   - 3h 20 min. - 11 USD/os.

  7. Varadero                        - 2 dni

TravelHacks.pl - Wojciech Kamiński - blog podróżniczy