Szwajcaria, czyli o wielbłądach w zaspach


 

Trasa

Przejazd z Krakowa do Neuschwanstein

 

Samochodowa podróż Szwajcarii trwa dłużej niż do innych popularnych wśród Polaków destynacji zimowych np. Austrii czy Włoch. Niezrażeni jednak, postanowiliśmy rozbić ją na dwa etapy. Oczywiście obok ambitnych planów narciarskich  zamierzaliśmy też sporo zobaczyć. Z tego też względu nie mogliśmy sobie podarować weihnachtsmarktu w Dreźnie. Jeśli lubicie poczuć atmosferę świąt w podróży, to jarmark bożonarodzeniowy w stolicy Saksonii nie ma sobie równych. Przynajmniej wśród dotychczas przeze mnie odwiedzonych, ale o tym kiedy indziej w osobnym tekście…

Wizytę w Vaduze oraz innych miastach Liechtensteinu opiszę w osobnym artykule. Warto pamiętać, że planując wizytę nie ma potrzeby planować nadmiernie dużo czasu na zwiedzanie.

Sankt Moritz

 

Niezależnie od tego gdzie mieszkamy oraz o jakiej porze roku odwiedzamy Szwajcarię,warto wybrać się do St. Moritz. Mimo sporego oddalenia od głównych miast, większość drogi można pokonać stosunkowo szybko (ograniczenie na helweckich autostradach wynosi 120 km/h). Najtrudniejszy odcinek, zwłaszcza zimą to przełęcz Julierpass. Przy opadach śniegu droga utrzymywana jest na biało, a wjeżdżamy na pułap 2284 m n.p.m. Warto zaopatrzyć się w łańcuchy na koła!

 

 

Viñales

 

Do doliny Viñales najłatwiej dotrzeć, korzystając z autokarów firmy Viazul. Podróż ze stolicy trwa około 3,5 godziny. W czasie przejazdu autokarów Viazul rutynowo na każdej z wyznaczonych tras przewidziany jest co najmniej jeden ok. 30-40 minutowy postój w zajeździe turystycznym. Ten na trasie Havana-Viñales położony był nad malowniczym jeziorkiem, gdzie za dostosowane do zasobów turystycznych portfeli ceny, można było kupić pamiątki i coś przegryźć.

 

Samo Viñales to dość urokliwe, niewielkie miasteczko położone pośród plantacji tytoniu. Na pierwszy rzut oka idealne miejsce dla łaknących spokoju i ucieczki od cywilizacji. Niestety sielankową atmosferę psuje ogrom przyjezdnych. A że popyt kształtuje podaż, cała miejscowość w ramach skromnych możliwości przystosowana została do potrzeb masowej turystki. Po raz pierwszy od momentu lądowania na Kubie poczuliśmy, że jesteśmy w typowo wypoczynkowej miejscowości. Brakowało  cafeterii (wyłącznie restauracje) i nie było szans na płacenie w CUP'ach. 

 

Centrum miasteczka wyznacza główna ulica, przy której mieszczą się restauracje, jeden świecący gołymi półkami sklep (ale upolowane w nim dwie paczki ciastek wprowadziły nas w nastrój euforyczny) i lokalne biura podróży organizujące wycieczki po dolinie. My zdecydowaliśmy się na alternatywny sposób zwiedzenia okolicy. Codziennie kursuje zielony autobus dla turystów typu Hop on - Hop off. Ma sztywno ustalone przystanki przy głównych atrakcjach i zatrzymuje się na nich średnio co godzinę. Koszt całodziennego biletu to 5 CUC/os. Co do zasady startuje z głównego placu miasta ok. 9:00, choć nasz akurat był spóźniony o ponad godzinę. W tym czasie usłyszeliśmy dziesiątki razy, od miejscowych taksówkarzy, że się zepsuł i na pewno dziś nie przyjedzie, a do znudzenia powtarzane Bicycle, bicycle... miało nas zachęcić do wyboru alternatywnego środka transportu. Uprzejme acz stanowcze odmawianie to jedna z bardziej przydatnych na Kubie umiejętności:)

 

Na trasie warto zobaczyć plantacje tytoniu, panoramę doliny oraz jaskinie Indian. Opisywany jako największa atrakcja rejonu  mural naskalny wzbudził w nas, prawdę mówiąc, dość mieszane uczucia. To osobliwe dzieło, obrazujące wedle deklaracji autora ewolucję od ameby do homo socialismus, jest niewątpliwie wykonane z rozmachem. Zarazem uporczywie przywodziło nam na myśl wątpliwej jakości twórczość domorosłych nastoletnich graficiarzy. Oceńcie sami!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dodam tylko, że gdy uprzejmy kierowca busa zatrzymał się pod muralem i obwieścił 5-minutowy postój, byliśmy wraz ze współpasażerami mocno zaskoczeni. Jak się okazało po przerwie  towarzysze podróży stawili się w komplecie i nikt nie wyrażał potrzeby dłuższego obcowania z dziełem.

 

Na centralnym miejskim placu każdego wieczoru królowała muzyka, a egzotyczne rytmy słychać było do późnych godzin nocnych również na obrzeżach miasta (w końcu dzieliło je od centrum jakieś 5 minut spaceru). Brakowało jednak, opisywanych w niemal każdym  przewodniku, spontanicznych potańcówek z nauką salsy dla turystów. Zamiast tego każdego wieczoru plac rozbłyskał światłem ekranów telefonów, bowiem na Kubie zwykle jedynie przy głównych skwerach miejskich jest szansa na skorzystanie z internetu. Cóż, signum temporis...

Cienfuegos

 

Poranny przejazd autokarem do Cienfuegos zajął 8 godzin. Sporo, ale i tak mieliśmy wiele szczęścia. Liczni turyści spotkani w Viñales próbowali bezskutecznie kupić bilety na dzień przed planowanym wyjazdem. Mimo podstawienia dwóch autobusów nie wystarczyło miejsc dla wszystkich. Najlepiej więc kupować bilety z wyprzedzeniem: jeszcze przed wylotem na Kubę albo zaraz po przyjeździe na dworzec.

 

Historyczne centrum miasta, nazywanego Perłą południa, w 2005 roku zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Mimo to wydało się znacznie mniej oblegane przez turystów. W zasadzie w Cienfuegos utwierdziliśmy się w przekonaniu, że w podróżowaniu po Kubie nie chodzi o klasyczne zwiedzanie, ale raczej o chłonięcie jej wyjątkowej, pogodnej atmosfery i zgłębianie zawiłych losów. Samo miasto nie zachwyciło nas może architekturą, ale spędziliśmy przyjemnie czas na spacerach i podglądaniu życia lokalsów. Dzieła dopełnił wyśmienity, świeży sok owocowy (5 CUP), smaczne cafeterie i (o dziwo!) cukiernia, w której zawsze były olbrzymie kolejki.

 

Czy zwiedzając Kubę, nie można pominąć Cienfuegos? Nasza odpowiedź będzie dyplomatyczna. Jeżeli możemy swobodnie przeznaczyć dzień naszej podróży na wizytę, warto się tu zatrzymać. Jeżeli jednak miałoby się to odbyć kosztem Hawany, Viñales czy Trinidadu, radzimy poważnie przemyśleć ten krok.

Trinidad

 

Kolejna turystyczna perełka Kuby. Tu akurat nie można nie przyjechać. Urok i atmosfera tego miejsca jest nieporównywalna do któregokolwiek z odwiedzonych przez nas miast na Kubie. Trafiliśmy tu też na najprzyjemniejszą casę w ramach naszego pobytu: wielkie patio z egzotyczną roślinnością, kolorowe hamaki, bujane fotele, ech... (więcej w zakładce Noclegi). Choć niewątpliwie miasto żyje z turystyki, jest to znacznie bardziej subtelne i nienatarczywe.

 

Warto wybrać się na kolację na dachu jednej z lokalnych restauracji. Zachód słońca przy rewelacyjnej muzyce na żywo i boskim diquiri urzeka do potęgi.

Santa Clara

 

Główną, i jak się okazało jedyną, atrakcją Santa Clary jest Mauzoleum Che Guevary. Mimo że przewodniki zgodnie milczały o tym miejscu, uparłem się, by tu przyjechać. Był to jedyny dzień podczas całego pobytu, kiedy niebo było zachmurzone i delikatnie padał deszcz. Dotarliśmy porannym autobusem z Trinidadu. Bilet na dalszą podróż do Varadero mieliśmy na popołudniowy autokar, co dało nam sześć godzin na zwiedzanie. O pięć za dużo... Z dworca spacerem dotarliśmy w około 20 minut do mauzoleum. Zwiedzenie obiektu i sprawy organizacyjne (by wejść do środka należy pozostawić wszystkie plecaki, torby, torebki i saszetki w przechowalni) zajęło nam ok. 40 min. Planując wyprawę na Kubę po raz drugi, zapewne nie zdecydowalibyśmy się na wizytę w Santa Clara.

Varadero

 

Ostanie dni zaplanowaliśmy w Varadero, żeby odpocząć nieco przed odlotem i trochę poplażować. Pogoda jednak niespecjalnie sprzyjała kąpielom - ani wodnym ani słonecznym. I tu pojawił się problem, bo Varadero, jakkolwiek jest miejscem przyjemnym, nie oferuje wielu zróżnicowanych możliwości spędzania wolnego czasu. Być może jest to rzecz gustu, i my - zagorzali piechurzy żądni nowych wrażeń - po prostu z natury rzeczy nie odnajdujemy się w warunkach "kurortowych". Z drugiej strony, po zobaczeniu bądź co bądź nie tak małego kawałka wybrzeży tego świata, bez trudu wymienimy ciągiem co najmniej kilkanaście lepszych destynacji o spektakularnych plażach. Rzecz w tym, że infrastruktura większości restauracji, barów i hoteli w największym kubańskim kurorcie jest, delikatnie mówiąc, muśnięta rydwanem czasu, zaś poza wspomnianymi obiektami niewiele jest tu do zobaczenia. Toteż, jeśli marzy nam się gnicie na plaży w pięknych okolicznościach przyrody z odrobiną luksusu, może lepiej wybrać jedną z innych (pobliskich) wysp... 

Ramowy plan pobytu - 6 dni

 

Dzień 1 - Przejazd z Krakowa do Neuschwanstein (z przystankiem w Dreźnie)

  • przejazd przez Niemcy: ok.1000 km/11h

Dzień 2 - Neuschwanstein i Vaduz

  • przejazd przez Niemcy, Austrię i Lichtenstein: 310 km/4h

Dzień 3 - Sankt Moritz                   

  • trasa przez przełęcz Julierpass: 240 km/3,5h (x 2)

Dzień 4 - Lucerna i Bazylea

  • przejazd: 120 km/1,5h (x2)

Dzień 5 - Engelberg i Berno

  • trasa pod Jungfrau: 180 km/2,5h (x2)

Dzień 6 - Zurych i Norymberga

  • przejazd do Polski przez Niemcy: ok. 1300 km/13h

                        razem ok. 3700km 

  • Szacunkowy koszt paliwa: 1500 - 2000 zł
  • Winiety: Polska - 72,40 zł, Szwajcaria ~150 zł (40 CHF)

Zdecydowanie warto zobaczyć wnętrza zamku. Polecam też obłędny widok na południową fasadę z Marienbrücke. Koszt wstępu do zamku to 13 euro. Godziny otwarcia zmieniają się w ciągu roku, więc warto sprawdzić bieżące na stronie obiektu. W sezonie dobrym pomysłem może okazać się zarezerwowanie biletów z wyprzedzeniem. Zwiedzanie komnat zamku odbywa się wyłącznie w grupach wyznaczonych na konkretną godzinę (co kilka minut kolejne zwiedzanie!). Lepiej jej nie przegapić, bo niewykorzystany bilet przepada. Ordnung muss sein.

 

Kasy biletowe znajdują się u podnóża zamku Hohenschwangau. Jest to drugi, mniej okazały, ale również przyjemny dla oka zabytek tej okolicy. Do samego Neuschwanstein maszerujemy około 25-30 minut. Pod górę – dla jasności. Można też odpłatnie pojechać bryczką lub autobusem, choć ten ostatni kursuje tylko w sezonie letnim. Jeżeli nie goni Was czas, sugeruję spacer. Zaraz na początku trasy można odbić w prawo na szlak prowadzący wpierw do mostu. Trasa jest może trochę bardziej wymagająca, ale widoki są tego warte! W zimie jest nieco błotno i ślisko, więc włożenie solidniejszych butów wyjdzie Wam na zdrowie (choć mijaliśmy i panie w obcasach).

 

Wstęp na Marienbrücke jest bezpłatny. W zimie i przy złej pogodzie szlak ten i sam most są niestety zamykane. Nie popieram łamania przepisów i forsowania ustawionych tam barierek. Warto może jednak zasygnalizować, że z praktycznego punktu widzenia jest to możliwe i wielu turystów to właśnie czyni. Oczywiście robimy to na własną odpowiedzialność.

 

UWAGA SPOILER!

Muszę zawieść wszystkich, którzy z sentymentem myślą o ujrzeniu widoku znanego z układanych w dzieciństwie puzzli czy kolekcjonowanych pocztówek. Najbardziej znane ujęcie zamku można niestety wykonać jedynie z grani przeciwległej góry lub za pomocą drona. Przedniej fasady zamku nie zobaczycie zatem „na żywo”. Zapewniam Was jednak, że to co uda Wam się zobaczyć, również będzie spektakularne.

Posileni solidną porcją gluhweinu i bratwursta kontynuowaliśmy podróż do bajkowego zamku Neuschwanstein, który jak wieść niesie, miał służyć za inspirację samego disneyowskiego logo. Jest to obowiązkowy punkt dla wszystkich podróżujących przez południową Bawarię. Na zwiedzanie zamku i okolicy dobrze jest przeznaczyć ok.  4 godzin, choć warto rozważyć przedłużenie pobytu w uroczym miasteczku Schwangau. Na miejscu należy kierować się do dzielnicy Hohenschwangau. Nieopodal zamku znajduje się kilka parkingów. Warto ominąć pierwsze z nich i szukać miejsca bliżej zabudowań, gdyż czeka nas jeszcze sporo do przejścia w okolicy. Opłata za parking wynosi 6 euro za dzień.

TravelHacks.pl - Wojciech Kamiński - blog podróżniczy